23.marca.2010


II – John the Revelator

      To miał być jeden z najważniejszych dni w jego życiu. Ba! Dzień, który miał być wstępem do jego nowego życia, bardzo daleko stąd. Gdzieś, gdzie mógłby spokojnie wyjść na ulicę nie obawiając się tego, że nagle zza rogu wypadnie oddział amerykańskich policjantów uzbrojonych po zęby i mierzących do niego ze wszystkich stron. W miejscu, w którym jego rodzina byłaby całkowicie bezpieczna, Sylvia wreszcie szczęśliwa, a on sam niezaprzeczalnie wolny... I tak ta oto delikatna, mydlana bańka bezpowrotnie pękła na jego oczach.
      Pamiętał wszystko jak przez mgłę. Zbliżała się osiemnasta i najwyższy czas było ruszać. Kręcił się jeszcze przez chwilę niespokojnie po swojej celi sprawdzając, czy nie zostawił niczego ważnego i czy zatarł wszystkie wyraźniejsze ślady swojego zapachu, wedle tego, co radził Bagwell... No właśnie. Bagwell.
      John Abruzzi przystanął w miejscu i uśmiechnął się drwiąco. Część jego zdenerwowania natychmiast została zastąpiona przez złośliwą satysfakcję. Ten sukinkot wreszcie dostał za swoje. John był na stołówce, kiedy Broonks go zaatakował, kiedy T-Bag w zemście prawie rozerwał napastnika na strzępy i kiedy... Ha. To była ulubiona część Johna – kiedy do pomieszczenia wtargnęli strażnicy, momentalnie powalając szamoczącego się Bagwella na ziemię i zaciągając go siłą do izolatki.
      John spojrzał w lustro wiszące nad umywalką i ujrzał w nim postawnego i nieco pulchnego mężczyznę po czterdziestce, z krótko i dość nierówno ściętymi włosami, kilkudniowym zarostem na twarzy i wciąż widoczną czerwoną szramą na szyi. Uniósł dłoń i niemal z namaszczeniem dotknął owej blizny opuszkami palców. Tak, Bagwell zdecydowanie zasłużył sobie na definitywne wykluczenie z ucieczki na zaledwie kilka godzin przed nią. Abruzzi z radości był nawet gotów na siłę wepchnąć Broonksa na jego miejsce do drużyny, co z pewnością uczyniłby, gdyby ten nie leżał w stanie krytycznym w szpitalu.
      Uśmiechnął się obleśnie do swojego odbicia i zaśmiał ochryple pod nosem, po czym poprawił kołnierz błękitnej koszuli i pewnym krokiem opuścił celę. Wmieszał się w tłum więźniów, kręcących się bez celu po ogólnym na chwilę przed liczeniem, i ruszył w stronę metalowych schodów. Kiedy się po nich wspinał, adrenalina zaczęła mu poważnie buzować w żyłach. Jeszcze chwila, a rozpocznie najbardziej niebezpieczną wyprawę w swoim życiu. Bardzo możliwe, że im się nie uda, że ich złapią i dowalą jeszcze gorsze wyroki. Abruzzi prychnął w myślach – w jego przypadku mogłaby to już wyłącznie być kara śmierci. Ryzyko było ogromne, ale on nie byłby sobą, gdyby chociaż nie spróbował. Jego duma i łaknienie swobody zagłuszały wszystkie inne myśli.
      John Abruzzi, więzień numer 11846 – skazany na sto dwadzieścia lat pozbawienia wolności bez możliwości warunkowego zwolnienia, z których to zdążył już odsiedzieć całe dwa i pół roku, przeklinane przez niego sumiennie dzień w dzień. Osądzony za dwa morderstwa i dwukrotne namawianie do popełnienia zabójstwa, przed wykonaniem wyroku był głową największej mafii trzymającej w garści całe Chicago, a także łącznikiem między amerykańską i włoską siatką ze swojej rodzinnej Sycylii. Do jego feralnego osądzenia przyczyniły się zeznania niejakiego Otto Fibonacciego, obecnego świadka koronnego i jego byłego pracownika, któremu to mafioso prywatnie życzył udławienia się farfallami przy następnym posiłku.
      W końcu John dotarł na odpowiednie piętro i właśnie kiedy miał postawić na nim stopę, coś ogromnego i dość włochatego wystrzeliło z celi obok i uderzyło w niego z całą siłą. Schwycił się kurczowo poręczy i zachwiał niebezpiecznie, po czym zmełł w ustach przekleństwo i spojrzał wściekle na górującą przed i nad nim masę tłuszczu i białych kudłów – uroczy Avocado w pełniej krasie. Abruzzi wolał się nigdy nawet nie zastanawiać, dlaczego to wszyscy tak mówią na tego starego, obleśnego zboczeńca, na widok którego zawsze przechodził mu apetyt. Zwłaszcza, że on sam lubił sobie zjeść awokado i uważał go za jeden ze swoich ulubionych owoców. A przynajmniej do czasu, aż trafił do więzienia i poznał tego człowieka. Chociaż John w całej swojej sarkastycznej naturze poddawał też skrycie pod wątpliwość to, czy aby na pewno Avocado jest człowiekiem. A jeśli już w ogóle, to na pewno jakimś z gatunku homo sapiens demens.
- Uważaj, jak łazisz – warknął na niego groźnie, pocierając obolałe ramię i wreszcie stając na piętrze.
      Balz Johnson uśmiechnął się rubasznie i spojrzał na nieco niższego od siebie mężczyznę wyzywająco, krzyżując ręce na wielkiej klatce piersiowej.
- Bo co mi zrobisz, mały Johnny? – Zmierzył go wzrokiem.
- Na pewno nie będę z tobą kontynuował tej dyskusji, bo nie stoisz w brodziku moich potrzeb intelektualnych – odparł Abruzzi i uśmiechnął się do niego, jak na rasowego Ojca Chrzestnego przystało, po czym szturchnął go łokciem w brzuch i wyminął brutalnie.
      Nie miał teraz czasu na przezywanie się z tą górą mięsa, pomijając fakt, że takie coś nawet nie leżało w jego gestii, a wręcz mu uwłaczało. Od takich trywialnych spraw byli jego wierni ludzie, wytresowani i ulegli niczym francuskie pieski, gotowi pójść za nim w ogień, a przynajmniej do więziennego karceru. Co więcej, planowo najdalej za pięć minut na oddziale zaroi się od klawiszy i rozpocznie się liczenie. W tym czasie zaś oni mieli już uciekać, więc John nie tracąc więcej ani sekundy z owego cennego czasu, ruszył w stronę celi Michaela Scofielda. Jednak Avocado, wciąż bardzo drażliwy po przykrym i jakże intymnym wypadku z młodym Tweenerem, w wyniku którego prawie stracił swoją wątpliwą męskość, miał najwidoczniej nieco inne plany, na dodatek dość poważnie kolidujące z tymi należącymi do Johna.
      Zasyczał gniewnie pod nosem, schwycił Abruzziego za koszulę i gwałtownie pociągnął w tył. Ten zawarczał, straciwszy momentalnie równowagę i zaczął się szamotać. Był wściekły, jak sto diabłów – awanturą ściągnie tu cały oddział strażników! Przeklinając w myślach raz po raz, w końcu rąbnął silniejszego Avocado łokciem w nos i już miał się wyrwać z jego łap, kiedy ten niespodziewanie pchnął go w tył i John prawie bezwładnie runął ze schodów w dół. Wszystko to trwało ułamki sekund i najpewniej skończyłoby się zaledwie na kilku siniakach i poważnie zranionej dumie sycylijskiego dona, gdyby nie skromny fakt, że w trakcie spadania z całych sił uderzył potylicą w jeden ze stopni…


>*<


      Kiedy John się wreszcie ocknął, głowa ciągle pękała mu w szwach. Zasyczał cicho pod nosem i ostrożnie uchylił powieki. Natychmiast poraziło go jasne światło, odbijające się rykoszetem od białych ścian sterylnie czystego i pachnącego szpitalem pomieszczenia, w którym się znajdował. Kiedy świat przestał mu już wirować przed oczami, ostrożnie powiódł wzrokiem wokoło i od razu pojął, że jest w więziennym ambulatorium. Jak się okazało, leżał przykuty do łóżka, przykryty jakimś ciepłym kocem, a głowę miał staranie obandażowaną. Uśmiechnął się błogo pod nosem. Tak, droga doktor Tancredi zawsze była dla niego uprzejma i... Jego tęczówki rozszerzyły się gwałtownie.
      Ucieczka, do licha, ucieczka!
      Z przerażeniem spojrzał na okno, za którym słońce świeciło jasno na niebie, zwiastując co najmniej środek dnia. Praktycznie sparaliżowany ze strachu, zerknął niepewnie na zegar wiszący na ścianie. Zaraz też z gardła wyrwał mu się na wpół stłumiony, żałosny skowyt.
      Przede wszystkim stanowczo zdementował własną teorię, że zwariował. Potem rozważył wszelkie możliwości spiskowania, szantaży i podstępów, skierowane przeciwko jego skromnej osobie. Kiedy i tu nie doszukał się dobrej odpowiedzi, począł kontemplować możliwość snu na jawie. Jednakże, gdy po kilku porządnych uszczypnięciach godnych zrozpaczonej Alicji w Krainie Czarów nic zadowalającego się nie wydarzyło, musiał porzucić i ten pomysł. Koniec końców z ogromną niechęcią doszedł do ostatniej opcji, która z góry zakładała, że o ile nie wydarzył się jakiś cud, na który skrycie liczył, i nie cofnął się w czasie, to najzwyczajniej w świecie przespał i ucieczkę i wszystkie wydarzenia z poprzedniego wieczora i nocy.
      Czarna rozpacz, która wybuchła w nim niczym bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę i Nagasaki, po chwili została już zagłuszona przez nieokiełznaną furię. Personel ambulatorium powinien się cieszyć, że w tym momencie John Abruzzi był mocno skuty kajdankami i pasami przywiązany do łóżka, bo inaczej rozniósłby wszystko co było w pobliżu w proch.
      Przespałem. Tak po prostu.
      John poczerwieniał na twarzy, a nozdrza zadrgały mu nerwowo. Nienawiść do Avocado zalała go nagłą falą, zakrawającą na tsunami, a przynajmniej biały szkwał. Była ona większa nawet od tej, którą darzył Bagwella, chociaż ostatecznie mógłby tu jeszcze polemizować. W jego głowie układały się już najróżniejsze koncepcje i plany, jak to wystarczająco efektownie zamordować przeklętego Balz Johnsona, a następnie ukatrupić tego, który opatentował powiedzonko „Nie śmiej się dziadku z cudzego wypadku”, nawiązując jeszcze do Bagwella. W sumie mógł także zabić owego pedofila. Tak na wszelki wypadek i dla spokoju ducha, a także nadziei na zdobycie Pokojowej Nagrody Nobla.
      Nagle drzwi od ambulatorium stanęły otworem, co przerwało Johnowi jego „czarną mszę” i do środka weszła tęga, czarnoskóra pielęgniarka Katie, niosąc w rękach tacę z lekarstwami.
- Wreszcie się obudziłeś – stwierdziła bystro na powitanie, zamykając drzwi i podchodząc do niego.
      John zmusił się do jakiejś burkliwej odpowiedzi i krzywego uśmiechu. Właściwie nie miał pojęcia, jak długo był nieprzytomny i czy ucieczka w ogóle doszła do skutku. Płomyk nadziei rozbłysnął w jego sercu; może jeszcze nie wszystko stracone? Może jego kompani postanowili opóźnić ucieczkę do czasu jego powrotu z faktu, że to przecież on był gwarancją, że mają bilety na samolot do Panamy?
- Sporo cię ominęło – kontynuowała niezrażona pielęgniarka w zielonym wdzianku, obmacując mu fachowo głowę.
      John momentalnie zbladł, przeklinając w duchu dobrą matkę Nadzieję.
- To znaczy? – wychrypiał i zmrużył oczy, kiedy jej dłonie niedelikatnie natrafiły na jakiś bardziej obolały fragment jego czaszki.
- Lincoln Burrows i Michael Scofield, a także kilku innych uciekło dwa dni temu z więzienia – odparła teatralnie obojętnym głosem, chociaż jej oczy błyszczały lodem. John wolał udać szczerze zdumionego tą wiadomością. – Co dziwniejsze, wszyscy uciekinierzy byli członkami twojej grupy pracującej w warsztatach, dasz wiarę? – Spojrzała na niego podejrzliwie, mrużąc oczy.
      Abruzzi pokręcił tylko słabo głową, mając nadzieję, że jego mina pokerzysty nie zawiedzie i tym razem. Katie świdrowała go jeszcze chwilę iście rentgenowskim spojrzeniem, ale John okazał się być na tyle dobrym aktorem, by ją zmylić. Przynajmniej chwilowo. W końcu kobieta westchnęła ciężko, dokończyła pobieżnie badania, podała mu jakieś leki i wycofała się do wyjścia. Na odchodnym rzuciła jeszcze:
- Najprawdopodobniej już dzisiaj wypiszemy cię na oddział ogólny. Miałeś lekki wstrząs mózgu po upadku ze schodów, co i tak jest istnym cudem patrząc na to, jak mocno się uderzyłeś. Właściwie już nic ci nie jest, nie powinno być też żadnych skutków ubocznych po lekach. Ciesz się, że pan naczelnik i kapitan Bellick są chwilowo nieosiągalni, bo gdy wrócą, czeka cię długie przesłuchanie. I lepiej przemyśl dobrze to, co im powiesz – powiedziała, przeciągając nieco pretensjonalnie sylaby, po czym wyszła, zostawiając Johna z mętlikiem w obolałej głowie.
      Wypuścił ze świstem powietrze i spojrzał w stronę okna. Dopiero w tym momencie dostrzegł to, czego nie chciał dostrzec wcześniej – krata w nim wyraźnie była świeżo przyspawana. Zaklął wściekle po włosku i trzepnął głową o materac. Zaraz potem jęknął nieco żałośnie i zacisnął zęby z bólu.


>*<


      Co mądrzejsi współwięźniowie najwyraźniej mieli jako takie pojęcie o tym, że Abruzzi przegapił ucieczkę, w której miał brać udział. Do nich, niestety, należeli między innymi chłopcy Johna, którymi otaczał się w Fox River i którzy wykonywali za niego brudną robotę. Kiedy więc tylko mafioso na drugi dzień został odstawiony na oddział ogólny i przydzielony do nowej pustej celi, jego starzy kumple na czele z byłym naczelnym sługusem Johna, Gusem Fiorello, natychmiast przewinęli się obok, obrzucając go wiele mówiącymi spojrzeniami.
      Widząc to, Abruzzi przełamał na chwilę swoją minę pokerzysty i uśmiechnął się w najbardziej sardoniczny sposób, na jaki było go stać. Te dupki najwyraźniej zapomniały, kto tu rządzi. To, że nie uciekł nie oznaczało, że król został zdetronizowany, czy chociażby abdykował. Ciągle miał swoich ludzi i pieniądze poza murami Fox River, a to przedłużało jego kadencję na kilkanaście kolejnych lat – i to ze stoickim spokojem. John doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że naraził się swojej drużynie i jej członkowie mają zamiar wypowiedzieć mu posłuszeństwo. Nie obchodziło go to jednak zbyt wiele. Nie będzie miał najmniejszego problemu, żeby znaleźć sobie nowych chłoptysiów na posyłki i ochroniarzy. Fox River zostało nauczone, że zły i niezaspokojony John Abruzzi to żywa bomba, gotowa eksplodować w każdej chwili i opryskać wszystkich wokoło niezłym, śmierdzącym paskudztwem złożonym z niekończących się problemów – zarówno dla przestępczej braci, jak i budżetu więzienia.
      Wciągnął się na górną pryczę w swoim nowym apartamencie i ułożył na niej w miarę możliwości wygodnie, wzdychając ciężko pod nosem. Kto by pomyślał, że nie będzie go zaledwie dwa dni, a jego stara cela od razu pójdzie pod młotek? Nowa również znajdowała się na samym parterze, podobnie jak ta, która przypadła mu w udziale po powrocie ze szpitala, do którego wysłał go znienawidzony Bagwell. Do tego nie była tak komfortowa, jak te na piętrach. Abruzzi stwierdził w myślach, że jak przycichnie sprawa ucieczki, będzie musiał znowu opłacić Bellicka i wynająć sobie inną. O ile przedtem uda mu się ugłaskać tę bestię, jaką był prywatnie Brad i dojść z nim do nowego, w miarę przyzwoitego konsensusu. Skoro miał w tym zatęchłym pierdlu spędzić resztę swojego życia, musiał zadbać o to, by było mu tam w miarę dobrze i różowo.
      Bo John w żadnym wypadku nie wierzył w to, że Bóg ześle mu drugiego Michaela Scofielda.


>*<


      Kiedy kilka dni później, dokładnie dwa po dość dobijającym pogrzebie Charlesa Westmorelanda, na który to udał się z czystej przyzwoitości, Abruzzi ujrzał na spacerniaku Teodora Bagwella, znów nie mógł się powstrzymać od ponurej satysfakcji. To, że T-Bagowi również nie udało się uciec, było jedyną rzeczą, jaka poprawiała mu nastrój. Chociaż oczywiście wolałby nie musieć więcej oglądać tego śmiecia, przynajmniej w tym wcieleniu, ale jeśli miało to być kosztem tego, że wyszedłby on na wolność... O nie, to by zdecydowanie nie było Johnowi na rękę. Według niego Bagwell mógł zejść mu z oczu tylko w jeden sposób – stać się pokarmem dla robaków na więziennym cmentarzu. Drugim powodem satysfakcji Johna był sporych rozmiarów guz, który widniał na czole jego ulubionego współwięźnia. Najwyraźniej Bagwell miał przyjemność spotkać się z Bellickiem na jakiś czas przed tym, jak ten znikł.
      Po chwili, uśmiechnąwszy się sardonicznie, ruszył leniwym krokiem za Teodorem, zastanawiając się, jak ten zareaguje na jego widok. Jedną z opcji była równie mocno odwzajemniona złośliwa satysfakcja, odnośnie tego, że Abruzzi nie uciekł. Z drugiej strony zapewne zwielokrotniona nienawiść spowodowana tym, że dalej będą sobie wchodzić w drogę, jak i... strach. Kiedy John był w wybitnie złym humorze i kiedy nie miał nic konkretnego do roboty, lubił się nad Teodorem pastwić psychicznie. Ot, taka sobie mała zabawa, a jak dobrze wpływała na jego samopoczucie.
      Wzrok, który utkwił w plecach Bagwella był przerażający i wielce prawdopodobne, że zmusiłby do tchórzowskiej ucieczki nawet swojego właściciela, gdyby ten kiedykolwiek spojrzał na siebie w ten sposób w lustrze. To, że John do tej pory nie zabił Teodora, było tylko niechcianym skutkiem ubocznym tego, że musiał być grzeczny przy Scofieldzie. Gdyby nagle wylazł z niego z powrotem żądny krwi potwór, pewnie słodki i niewinny Michael przestraszyłby się na amen i z krzykiem wykluczył go z ucieczki. Abruzzi oczami wyobraźni widział już scenę, w której Mike pewnego wieczora odkrywa zalane krwią zwłoki Bagwella na swojej pryczy, po czym piszczy damskim głosem i ucieka gdzie pieprz rośnie, zostawiając po sobie jedynie obłoczek kurzu rodem z kreskówki.
      Mimo iż nie spieszył się zbytnio, w dość ekspresowym tempie dogonił swą ofiarę.
      Może gdyby tak nie kręcił tymi biodrami, jak transwestyta z tanecznego klubu dla gejów, to chodziłby szybciej.
      Z przerażającym uśmiechem zacisnął dłoń na ramieniu sporo mniejszego od siebie mężczyzny, po czym nachylił się do jego ucha i wyszeptał słowa powitania, które były tak przesiąknięte złośliwością, aczkolwiek teatralnie ukrytą, jak to tylko możliwe.
      Bagwell zesztywniał, od razu poznając jego głos i odwrócił się, spoglądając na niego ze szczerym zdumieniem i wielkimi oczami, zakrawającymi wręcz na kocie. Jednak już po chwili na jego twarz wróciło ostrze dawnego, sarkastycznego uśmiechu i Teodor uniósł brwi w wyrazie uprzejmego zdziwienia.
- No kogoż to moje piękne oczęta widzą! – Wykrzywił się lekko. – Mój drogi chłopczyk Johnny. Co u ciebie?
      John uśmiechnął się pod nosem i popchnął go w zupełnie przeciwną stronę, niż ten początkowo zmierzał.
- Mamy do pogadania, kochasiu.
      Kiedy znaleźli się pod siatką, T-Bag prychnął głośno i wyrwał ramię z jego uścisku. Stanął naprzeciwko, opierając się nonszalancko jedną ręką o druciany płot i spoglądając na niego zimno.
- No więc zaczynaj, Mafia. Nie mam całego dnia, może w przeciwieństwie do ciebie. – Teatralnie powiódł wzrokiem wokoło, a kiedy ponownie skupił się na Abruzzim, uśmiechnął się drwiąco. – No proszę, proszę. Nasz Jan Objawiciel bez obstawy swoich Dwunastu Apostołów. A cóż to się z nimi stało? Zmienili mentora?
      Abruzzi zaśmiał się zimno pod nosem, po czym z zaskoczenia chwycił pedofila pod gardło i przygwoździł do siatki, jednocześnie przysuwając się do niego tak, by wyglądało na to, że po prostu mówi mu coś na ucho i tym samym nie niepokoiło strażników. W ogóle nie podobało mu się to, że jego wróg więzienny numer jeden tak szybko zorientował się, że Johnowi nie wszystko układa się po myśli.
- Uważaj na słowa, Bagwell – mruknął i uśmiechnął się upiornie, wzmacniając uścisk.
      Teodor wypuścił ze świstem powietrze i rozłożył ręce w geście kapitulacji. Widać było, że jest trochę zaskoczony tą gwałtowną rekcją mafiosa. Z reguły był on bardziej ślamazarny.
      John nachylił się i wychrypiał mu do ucha:
- Już nie gramy w jednej drużynie. Od tej pory wracamy do naszych starych stosunków z czasów, kiedy...
- No, no, Mafia. – Teodor uśmiechnął się i teatralnie oblizał usta, starając się ignorować jego rękę na swoim gardle. – To my mieliśmy jakieś stosunki? Nie przypominam sobie. Pewnie musiałeś mnie przed tym mocno spoić, bo w normalniej sytuacji prędzej przespałbym się z Avocado.
- Cóż, pasowalibyście do siebie. Przynajmniej obaj jesteście w takim samym stopniu odrażający – warknął John. – A teraz pozwól, że ci uświadomię kilka spraw. Po pierwsze – Wzmocnił uścisk na jego gardło, a T-Bag z trudem przełknął ślinę – trzymaj się ode mnie z daleka. Po drugie, koniec z naszym rozejmem. – Z lekko drwiącą nutą zaakcentował ostatnie słowo. – Po trzecie, nie wchodź mi w drogę, Bagwell, bo teraz nie mam już ani jednego powodu, by pozostawić cię przy życiu. A po czwarte i ostatnie, nie chcę mieć już z tobą najmniejszej nawet styczności – wycedził i leniwie puścił jego gardło, po czym skrzywił się teatralnie z odrazą i wytarł ręce o jego koszulkę.
      Znów uśmiechnął się drwiąco na widok zimnej furii w oczach Teodora, która zdecydowanie nie wróżyła mu niczego dobrego, ani przyjemnego. Jednakże John wolałby ubrać się w różową sukienkę baletową i odtańczyć na spacerniaku „Jezioro łabędzie”, niż w jakikolwiek sposób okazać, że chociażby odrobinę lęka się Bagwella. I wcale nie chodziło o to, że rzeczywiście się go bał.
- Po pierwsze – syknął T-Bag, z trudem powstrzymując się od rozmasowania obolałej szyi i piorunując go wzrokiem – to ty się do mnie nie zbliżaj, Abruzzi. Jakbyś nie zauważył, to jestem tu wyłącznie z twojej inicjatywy. Po drugie, nie oszukujmy się. – Uśmiechnął się kpiąco. – Nigdy nie było żadnego rozejmu, nie licząc tej szopki, którą odstawiliśmy kilka dni temu, każdy ze swojego powodu. Po trzecie, ty również nie wchodź mi lepiej w drogę, bo tym razem mogę zamiast żyletki użyć czegoś bardziej efektownego i efektywnego. – Oczy Johna wypełniły się nieokiełznaną nienawiścią, a Teodor prychnął tylko lekceważąco. – A po czwarte – Zrobił teatralną pauzę i znowu oparł się nonszalancko o siatkę, przyglądając się od niechcenia swoim paznokciom – jest jeden bardzo ważny powód, dla którego chciałbyś mieć ze mną wiele wspólnego, Mafia. Nie żartuję. Jestem poważny jak atak serca.
      John prychnął głośno i przewrócił z niedowierzaniem oczami. Jeszcze czego. Jeśli ten syn kurzu i wiatru, zwany celnie od czasu do czasu tumanem uważa, że ma mu cokolwiek do zaoferowania, to chyba jest bardziej cofnięty w rozwoju, niż by się to mogło na początku ich, przeklętej przez Abruzziego po tysiąckroć, znajomości wydawać.
- Niby co takiego? Tylko zanim zaczniesz, to weź otwórz szafę i gadaj do rzeczy. – Spojrzał na niego z teatralnym wyczekiwaniem.
- Wolność, chłopczyku Johnny – odparł dobitnie Teodor, ignorując jego słowa. – Wolność.

Komentarze (5), Dodaj









Księga widzeń



Sponsoruj zakład



Więzienne archiwa



Skazańcy i ich historia



Renegaci na wolności



Szablon wykonany przez Wee wyłącznie na użytek tego bloga.

>*<

P. Stormare jako John Abruzzi
R. Knepper jako Theodore Bagwell